Archiwum 05 marca 2007


mar 05 2007 OCZEKIWANIA
Komentarze: 1

Czy mogę oczekiwać od życia więcej niż mam?
Czy sumienie nie mówi mi właśnie, że moralnie
nie mam takiego prawa?
"Ja chcę!" "Ja żądam?" Czy potem będę mogła
błagać o wybaczenie? Czy zdobędę się chociaż
na cień skruchy?
Został mi bezinteresownie podarowany kolejny
dzień istnienia, a ja jak zbuntowana
nastolatka trzaskam drzwiami i nie rozumiem
dlaczego pewnych rzeczy mi się odmawia.
Zupełnie jakby bycie zagubioną w gąszczu
kartek powyrywanych z pamiętnika ciasno
upchniętych do pudełeczka nakładało na mnie
obowiązek znoszenia siebie bez ustanku
w nadziei nie bycia obciążoną tłumaczeniem
się ze swoich karkołomnych błędów.
Błędne koło zataczające coraz szersze kręgi
i ten uciskający w nocy poduszką bezmiar
pustki w głowie.
Coś na kształt ukrycia przybrudzonych słów
z gorzkim posmakiem cisnących się na usta pod
wytarty dywanik utkany z namiastki tej wiary
w swoje możliwości sprzed paru lat.
Nie pamiętam ich, boję się o tym myśleć,
lecz czyżby to aż tak dawno temu było?
Czy to tylko pamięć się ze mną droczy usiłując
przeciągnąć na swoją nie do końca zrozumiałą
stronę?
Czemu tak trudno zrozumieć potrzebę mówienia
i ile trzeba zwalczyć migren, aby bez cienia
wątpliwości zrobić kolejny zdecydowany krok
ku następnej niewiadomej noszącej przydomek:
"Jutro".
Czy warto pozwolić, by nieograniczony
bezmiar wolności zakuł mnie w dyby i zrobił
swym niewolnikiem? Czy w ogóle mogłabym prosić
go o ułaskawienie?

Zmusić się po raz kolejny, by wstać, czy
przeczekać burzę za oknem i udawać, iż właśnie
tak miało być? A może kłamliwie przyznać się
do braku motywacji naiwnie licząc, że miniony
czas okaże się snem, kiedy po przebudzeniu
będę odczuwała ulgę, iż jestem panią swego
losu? Czy byłabym gotowa spojrzeć
przeznaczeniu prosto w oczy żądając
zaprowadzenia tam gdzie z zamkniętymi
powiekami balansuje się na cienkiej linie
tego, co najistotniejsze?
Czy ze strachu nie uciekłabym w fantazje, aby
tylko przespać ironiczne śmiechy
niedowiarków, którzy wierzą tylko
w beztroskie życie?
A może w chwili słabości powinnam się do nich
przyłączyć. Zostanie mi to usprawiedliwione
prawda?
Tylko, dlaczego to ubranko niewinności
tak nagle się skurczyło? Może moje wymagania
są zbyt wygórowane.

Głowa boli, aspiryna już nie pomaga. Odporność
na leki, czy może jej brak na niepowodzenia?
Prawda. Łatwiej jest czegoś pragnąć, niż
dążyć do tego.
Mam uczucia - nie mam odwagi przygarnąć ich
do siebie.
Są mi potrzebne - nie potrafię ich sobie
wyobrazić. Jeszcze trudniej.
Jak je przy sobie zatrzymać?
Nie potrafię pogodzić się z ich utratą.
Nieświadomie wzięłam przeszłość na wyłączność -
niestosowne, histeryczne, może nawet zachłanne
ale oddychające moimi płucami, drzemiące w
moim ciele i kierujące każdym mym ruchem.
Miałam to, chcę więcej. Nie jest mi z tego
powodu przykro.
Nawet nie wiem, gdzie jest granica mówiąca:
"Przestań! Już dość! Masz więcej, więc
nie bądź cyniczna" Nie jestem, chyba...
Niczym studnia bez dna, rzeczywistość jest
dla mnie nierealna.
Chusteczką wycieram kurz z twarzy,
uszminkowanymi wargami spijam krople rosy z
akacjowych, rozbujanych ufności.

Byłam niepewnością, teraz ona jest mną i te
pożółkłe pokreślone strony, jak symbol
zawładnięcia, wyciśnięcia tchnienia do
ostatniej sekundy zamyślenia, jakby mentalna
obroża uwierała szyję.
Miałam ją. A może to ona ma mnie już na
zawsze w swojej garści obsypanej kryształkami
lodu kłującymi w oczy?
Ślady na śniegu, deszcz melancholijnie
stukający w rynnę, bezimienne przesiadywanie
na balkonie pod osłoną nocy, ukradkowe
spojrzenia w przyciemnione okna sąsiadów
i jakże zawistne wyobrażenie na myśl,
że tylko ona zdolna jest do posiadania
realnego świata na własność.
Jakby chciała mnie tego pozbawić pozorując
następny atak panicznej czkawki,
nie mogąc ukraść przyszłości, a pogodzić się
z przeszłością.
Tylko, co zrobić z teraźniejszością, jeśli
drżę za każdym razem, gdy mnie do siebie wzywa?

Nogi z ołowiu, dusza z waty, a serce z
porcelany.
Spaceruję po wodach absurdalnych myśli, które
inni już dawno temu porzucili i nie zamierzam
się nimi zaopiekować. Przecież obcy
dotyk jest nieobliczalny. Nie mogę się od nich
uwolnić, są wszędzie.
Zaczepiają na ulicach ukrywając się w
rozgoryczonych minach przechodniów,
przeszkadzają, gdy się jąkam, udają przyzwoite
gdy śpię, drzemią w moich ubraniach, rażą w
oczy promieniami zimowego słońca, krztuszą
zbyt ostrym jedzeniem i skrzypią niczym
zawiasy w drzwiach, jeśli każę im sobie iść.
Piąty dzień - ten sam kolor na ubraniu.
Nie przeszkadza mi to jak i plagiat z dnia
poprzedniego.
Nic na pamięć, wszystko odruchowo,
bez zbędnych banałów między wierszami.
Z skurczonym zasobem żalu i marudzenia do
minimum. Przysłonięta burzowymi chmurami,
zaklęta w próżnię oczekiwań niczym marionetka
zawieszona na naderwanych sznurkach,
szamocząca się w płonącym teatrze, gdzie
publiczność z kamienia ze spokojem na twarzy
i ekscytacją cisnącą się na spopielałe policzki
oczekuje na opadnięcie osmolonej kurtyny
nie licząc na bis.
Pragnienie? Było. Lecz straciło swoją magię.
Pospolity przerywnik między jedną ślepą
uliczką a drugą.
Jakby materialny bezczas przejął nade mną
kontrolę zmuszając do odtrącenia siebie.
Czymże jest ta cisza wysłana anonimowym
listem, czy głuchy telefon przed kolacją, by
człowiekowi gorzej się spało?
Może uliczką pozbawioną latarni jak egoista
bez cienia wątpliwości?
A może drogim pudełkiem z drobiazgiem za
pięć złotych?
Co by się stało gdybym chociaż raz
przemilczała powyższe wersy? Ta chwila
przecież mogłaby nigdy nie nastąpić.
To nieważne, że siódmy wtorek z rzędu, iż
pominięty w terminarzu pilnych spraw, przecież
to tylko jeden z wielu.
Poczekam. Może tym razem następny mnie
nie zawiedzie.

ashley23 : :